Moja droga do PGD. Część III

Wizytę w klinice udało mi się załatwić dość szybko. W oczekiwaniu na nią postanowiłam ponownie na spokojnie przeczytać rozmowę na amerykańskim forum na temat OI. Tą o genetycznym badaniu zarodka. Wtedy już więcej zapamiętałam, chociażby nazwę procedury PGD. Niestety tamtej parze się nie udało, dyskusja w ogóle się nie kleiła.
Przeczytałam w internecie na czym polega PGD. Z zarodka w trzecim dniu jego rozwoju kiedy osiągnie wielkość 8-10 komórek pobiera się jedną. Następnie poddaje się ją badaniu w celu poszukiwania danej mutacji. Jeśli zarodek jest zdrowy, istnieje 90% pewności że dziecko będzie zdrowe. Do całej procedury niezbędne jest oczywiście in vitro.

Postanowiłam o tym wszystkim wspomnieć mojemu mężowi. W odpowiedzi nakrzyczał na mnie, że nie chcę już się starać i walczyć, wymyśliłam sobie in vitro. Stwierdził, że chcę iść na łatwiznę a takie pobranie komórki z zarodka go na pewno uszkadza. Oniemiałam i aby nie prowadzić tego sporu dalej, postanowiliśmy rozstrzygnąć tą dyskusję w klinice.

Trochę ponad trzy tygodnie po poronieniu pojechaliśmy do stolicy. Najbardziej zdziwiła mnie sama w sobie klinika. Islandczycy mają tendencję do umieszczania biur, przychodni czy warsztatów w pawilonach. Przypominających mi te stare w Polsce, w których mieściły się „Domy Handlowe”. W tego typu budynku, na jednym piętrze mieściła się malutka klinika. Sympatyczny lekarz przyszedł po nas do poczekalni i zaprosił do siebie. Siedliśmy na malutkiej kanapie na wprost jego biurka, na którym stało wielkie marmurowe jajo.

Najpierw streściłam mu moją historię, potem standardowe badanie USG. Udało mu się nawet w kilka minut poznać wyniki badań moich hormonów które zrobiłam w okolicach grudnia (nigdy ich nie poznałam, lekarka która mnie na nie skierowała nigdy więcej do mnie nie zadzwoniła, ani nie odpisała na moje maile – do dziś nie wiem czemu) i stwierdził, że są w normie. Podsumował, że nic mi nie jest i przez uśnięcie części jajowodu nasze starania mogą po prostu potrwać dłużej. Wtedy padło pytanie o PGD, na co lekarz się bardzo ożywił. Stwierdził, że to rzeczywiście było by idealne wyjście dla nas. Wspomniał o tym, że są przeciwnicy takiej metody, stosujących ją potępiają za stwarzanie idealnego świata bez chorób. Dodał, że jednak ktoś kto nigdy nie był chory lub nie miał chorego dziecka nie zrozumie ludzi takich jak my.
Niestety PGD nie da się przeprowadzić na Islandii ze względu na brak takiej technologi. Pobranie tej jednej komórki nie uszkadza zarodka, gdyż na takim stadium rozwoju komórki nie są jeszcze sprecyzowane co do tego jaka tkanka ma z nich powstać. Zaoferował nam pomoc w znalezieniu kliniki, wstępnie padała Dania lub Szwecja. Umówiliśmy się zatem, że my się na spokojnie zastanowimy czy chcemy spróbować PGD. Jednak co było najważniejsze, postanowił napisać list aby tą procedurę opłacono z ubezpieczenia społecznego.
Tak na prawdę teraz łatwo było mi podsumować te wizytę. Wtedy prawie nic z niej nie zapamiętałam. Dopiero mąż mi przypominał szczegóły. Kilka miesięcy zastanawiałam się o co mu chodziło z tym „listem”. Teraz wiem, że w sytuacjach stresujących mam tendencję do zapominania treści spotkania lub przeinaczania wszystkiego. Od pewnego czasu po prostu nagrywam wszystkie wizyty.

O tym, że chcemy spróbować mieć dziecko dzięki PGD zdecydowaliśmy tak na prawdę kilka minut po wyjściu z kliniki. W kawiarni, gdzie poszliśmy na kawę aby trochę ochłonąć. Pamiętam, że tego samego dnia zapytałam męża w samolocie, co mu się stało że zmienił zdanie. Powiedział, że skoro lekarz upewnił go że ta metoda nie niszczy zarodka i jest metoda aby nasze dziecko było zdrowe to w ogóle nie ma się tu nad czym zastanawiać. Siedziałam osłupiała i sama biłam się z myślami. Przyszła do mnie fala myśli, że o to teraz i ja podejdę do in vitro. Poczułam się jakby już nikomu nie była potrzebna, koniec ze staraniami – witamy w przyspieszonej menopauzie. Czy chociaż by pogodzenie się z tym, że odtąd współżycie będzie już tylko dla przyjemności. I wiele idiotycznych innych bzdur! Teraz wiem, że wiele z nich jest skutkiem podejścia społeczeństwa w Polsce do in vitro. Sama byłam nimi przesiąknięta ale na całe szczęście szybko zrozumiałam jak bezpodstawne jest takie myślenie. Teraz jestem dumna z tego, że podejmujemy świadomą decyzję. Nie mam problemu z mówieniem na ten temat, ani nie czuję się gorsza czy pozbawiona kobiecości. Dobrze, że tak szybko się ogarnęłam, bo wiem jak wiele kobiet toczy taką walkę ze sobą miesiącami.

W oczekiwaniu na wiadomość od lekarza zaczęłam zagłębiać się w informacje o PGD. Jednak poza samymi naukowymi opracowaniami ciężko było mi znaleźć rozmowy ludzi na ten temat. Jakieś relacje, jak to wszystko wygląda. Dowody na to że się udało. Skupiałam się głównie na zastosowaniu diagnostyki w przypadku mojej choroby. Na amerykańskim forum od OI chyba do dziś mi nie odpowiedzieli. Na grupach facebook’owych (niestety też głównie amerykańskich) spotkałam się z określeniami, że to taka zabawa w Boga i lepiej adoptować. Wiele osób nie robiło nic aby mieć zdrowe dziecko, skoro w rodzinie od pokoleń choroba jest przekazywana na nowe dzieci. Byłam tym przerażona, czułam się też opuszczona. Jakaś kobieta napisała do mnie, że skorzystali z tej procedury i się udało, ale niestety nie można było wybrać płci dziecka. Osłupiałam jak to przeczytałam, potem dopisała że pochodzi z Arabii Saudyjskiej ale mieszkają w Australii. Swoją drogą znalazłam też forum, na którym otwarcie kobiety pisały że szukają kliniki która wykonuje PGD tylko w celu ustalenia płci dziecka. W takich momentach coś się we mnie gotowało. Na polskim forum na temat OI, ktoś napisał że podobno była para która to zrobiła ale nie chcą o tym mówić. To już w ogóle było poza moim rozumowaniem, mogą komuś pomóc udzielając informacji ale kryją się z tym bo co? Wstydzą się czy jak? Do dziś nie wiem…
Zrozumiałam też w tym wszystkim dlaczego ja decyduję się na takie rozwiązanie, dlaczego chcę mieć zdrowe dziecko. Na pewno tym przemyśleniom poświęcę osobny wpis. Za to główny wniosek był taki, że pragnąc dziecka i nie robiąc nic aby je uchronić przed chorobą której jestem nosicielem, jestem po prostu egoistką. Nigdy nie potrafiła bym sobie wybaczyć, tych momentów kiedy ten nowy człowiek cierpiał by przy złamaniach, operacjach i wielu innych obciążeń jakie idą wraz z OI, tylko dlatego że ja chciałam być w ciąży. Nie mam prawa skazywać tej istoty na cierpienie. A co gdyby w momencie złości i rezygnacji zapytał by się tak jak ja setki razy się pytałam: „dlaczego ja”? Ciarki przechodzą mnie do dziś jak o tym myślę. Jak być matką i być odpowiedzialną za cierpienie drugiej osoby? Dlatego robię PGD i znoszę to co jeszcze jest tutaj do opisania.

Poszukałam też kliniki w Polsce wykonującej tą procedurę, głównie zajmuje się tym Invicta. Akurat tak się zdarzyło, że w czerwcu planowaliśmy wyjazd do kraju, zatem umówiłam nas na spotkanie. Chciałam pogadać z Polskim lekarzem i zrozumieć to raz jeszcze. Wypytać o wszystko. Kilka dni przed wyjazdem postanowiłam się skontaktować z naszym lekarzem z islandzkiej kliniki. Chciałam mu powiedzieć, że się zdecydowaliśmy. To co usłyszałam, zaczęło wszystko. Okazało się że przyznano nam sfinansowanie PGD wraz z in vitro. Musimy się tylko spotkać aby wybrać klinikę. Wspomniałam wtedy, że właśnie jedziemy do Polski i czy możemy tam przeprowadzić leczenie. Lekarz obiecał się dowiedzieć i umówiliśmy się na spotkanie w sierpniu.
A zatem decyzja podjęta, robimy PGD. Będziemy mieć zdrowe dziecko.

10 myśli nt. „Moja droga do PGD. Część III

  1. PGD czy PGS to nie jest latwy temat. Tak samo jak mrozenie zarodkow czy caly process In Vitro.. mnie osobiscie trudno sobie wyobrazic, ze kobieta obarczona jakakolwiek choroba genetyczna nie chcialaby, aby jej dziecko moglo uniknac tego, przez co sama przeszla.. oczywiscie PGD nie sa w stanie zdiagnozowac wszystkich chorob, no i nie kazdy moze sobie na nie pozwolic. Poza tym, wiele dzieci rodzi sie z chorobami genetycznymi, bo wiele z tych chorob to po prostu loteria i w przypadku zdrowych rodzicow nie da sie wszystkiego przewidziec.

    Kwestia wyboru plci jest dla mnie rowniez kontrowersyjna. W koncu najwazniejsze jest, aby dziecko bylo zdrowe i ja osobiscie balabym sie, ze w jakis sposob wyzywam los probujac decydowac jakiej plci bedzie moje dziecko.. w ogole jest to dla mnie temat trudny do ogarniecia..
    nasza klinika z zasady nie przekazuje informacji o plci zarodkow rodzicom, i jestem im za to wdzieczna.

    Bardzo sie ciesze, ze Twoj maz mial szanse porozmawiac z lekarzem na temat PGD i pozbyc sie watpliwosci. I ciesze sie, ze podjeliscie ta decyzje. .. i czekam na ciag dalszy.. 🙂

    • Pewnie o tym napiszę, ale nie umiałam zrozumieć podejścia do PGD na amerykańskich forach. Nie wiem, ja jestem jedyna w rodzinie z moją chorobą. Może to jest inaczej, jak taka choroba idzie z rodziną przez lata. Kiedy bliskie osoby rozumieją twój ból, rozterki i problemy. Ja byłam z tym sama, często czułam się gorsza. Choroba była dla mnie częściej sporym obciążeniem psychicznym niż fizycznym. Nie chcę tego dla mojego dziecka.
      A mąż teraz prawie nie pamięta tamtej awantury. W nim znajduję największe wsparcie w zmaganiu się z tym wszystkim.

  2. Zawsze miałam sprecyzowane zdanie o in vitro… do czasu. Leżąc po raz enty w szpitalu poznałam młodą dziewczynę. Miała może z 23 lata i w swoim jakby nie było krótkim życiu spróbowała wszystkich możliwych metod leczenia niepłodności. Jeździła z mężem po całej Polsce, wydawali majątek na wizyty i leczenie ale nie przynosiło to żadnego skutku. W końcu zdecydowali się na in vitro. Kiedy ją poznałam była w 21 tygodniu ciąży bliżniaczej, musiała leżeć ze względu na problemy z jej utrzymaniem. Kiedy patrzyłam na nią jak bardzo pragnie kochać swoje córeczki a zarazem jak bardzo się tego boi bo utrata ich była nadal realna wymiękałam. Tak na prawdę ona już je kochała chociaż starała się sama sobie tego zabraniać. Tego się nie da pojąć. Rozumieją to matki, które przeszły przez podobne przeżycia. Dlatego pomimo swojego zdania na temat in vitro nigdy nie potępię matki która zdecydowała się na taką decyzję nie z pobudek czysto egoistycznych ale z prawdziwej potrzeby serca. Trzymam za Was mocno kciuki.

    • Hegaton – w odpowiedzi na Twoj komentarz – chyba bardzo rzadko zdarza sie, ze para podchodzi do In Vitro z egoistycznych pobudek. Ja osobiscie nie znam nikogo, kto dobrowolnie zdecydowalby sie na leczenie, ktore nie jest latwe i pociaga za soba przyjmowanie lekow, ktore dla organizmu nie sa obojetne – czesto przez dluzszy okres czasu.. Zazwyczaj decyzja o In Vitro poprzedzona jest latami naturalnych staran, powtarzajacymi sie niepowodzeniami, dluga lista diagnostycznych badan, i w koncu – diagnoza lekarska, ktora zazywczaj przewraca caly swiat do gory nogami..

      Ja rozumiem, ze jest wiele osob, ktore z pobudek etycznych nie akceptuja In Vitro – i oczywiscie maja do tego prawo, ale In Vitro zdecydowanie nie jest pojsciem na latwizne..

  3. Kasia zdziwiłabyś się jak niektórzy podchodzą do in vitro nie będę się tutaj rozwodzić bo nie o to tu chodzi. Z resztą wśród „naturalnych” poczęć są dziwne pobudki. Prawda jest taka, że większość z kobiet pragnie być mamą a kiedy się jej zapytać co by chciała to odpowiada nie ma znaczenia byle zdrowe było. Dlatego nie można mieć żalu czy pretensji do rodziców którzy starają sie oszczędzić cierpień dziecku na tyle ile to możliwe.

  4. Bardzo ciekawy blog, w naszym przypadku również rozważamy zastosowanie Pgd, ponieważ obydwoje mamy uszkodzony gen który wywołuje straszną chorobę.Byliśmy juz na rozmowie w invicta w Wwa ale odczucia średnie, chcemy się jeszcze dowiedzieć w innej klinice w Wwa. Pozdrawiam

    • Daj znać jaka decyzja. Pisałam tutaj o swoich doświadczeniach z Invicta w Warszawie – też średnio. Za to ktoś mi mówił, że podobno inne kliniki i tak wysyłają materiał genetyczny do badań w laboratoriach Invicta. Ciekawe czego wy się dowiecie.

  5. Trafiłam przed chwilą na Twojego bloga i oderwać się nie mogę od czytania. Zaraz mi się oberwie od męża, bo „marnotrawię” nasz wspólny czas;)

    „Dobrze, że tak szybko się ogarnęłam, bo wiem jak wiele kobiet toczy taką walkę ze sobą miesiącami.”

    Ja taką walkę toczyłam ze sobą przez 6 lat. Bynajmniej nie dlatego, że uważałam IVF za procedurę niezgodną z naturą. Jestem ciocią pięciu maluchów z tej metody, najcudowniejsze dzieciaki pod słońcem. Niestety to co się dzieje w Polsce w tym zakresie, spowodowało że zaczęłam kwestionować moje podejście, kiedy już sprawa dotknęła mnie osobiście. Teraz mam to za sobą. Rozważyłam sprawę wzdłuż i wszerz. Pochyliłam się nad każdym, nawet najbardziej absurdalnym poglądem/zarzutem. Wróciłam do wyjściowych przekonań. Między innymi dzięki, takim blogom jak Twój i zrozumieniu, że jest nas wiele.

    • Powiem Ci, że w ostatnich miesiącach kiedy rozpętała się taka burza w sprawie In Vitro. To pomimo, że nie przebywam w Polsce to też to przeżywałam. Bo jednak mój zarodek jest tam i moja klinika. Dla mnie zakaz In Vitro będzie wiązał się z rozpoczęciem procedury od nowa w innym kraju. Przeraża mnie to.
      A i też mieliśmy z mężem konfrontacje z różnymi znajomymi, którzy otwarcie krytykowali In Vitro (np. nazywając je fanaberią i chciejstwem).
      Teraz na razie jest spokój. Ale w tamtym czasie na nowo przeanalizowałam całą sytuację. Doszłam jednak na końcu do tych samych wniosków, zrobię wszystko aby mieć zdrowe dziecko.

      • Mam nadzieję, że do tego zakazu nie dojdzie jednak, nawet przy zmianie opcji politycznej.

        Co do zawirowań obecnych, to mam przekonanie, że to przejściowe i do Nowego Roku wszystko się uspokoi, a po problemach ze wstrzymanymi transferami nie będzie już śladu.

        Smutne jest to, że są osoby, które pod naporem takich konfrontacji się uginają i przestają walczyć. Myślę, że im większa będzie społeczna świadomość problemu, im więcej blogów takich jak Twój, tym większa szansa, że ludzie z tak wielkim pragnieniem nie będą się poddawać w obawie przed społecznym ostracyzmem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *